"Biały kruk" Andrzeja Stasiuka
„Biały kruk” to powieść o Bieszczadach, ale właśnie o tych sprzed 60 lat, chociaż z akcją toczącą się współcześnie. Osnutych mgłą tajemnicy, niedomówień. Jednak niezatartych w naszej pamięci, raczej ukrytych pod bardzo delikatną błękitną woalką… Ile w powieści jest fikcji, ile jest autobiografii? Ile jest autentycznych zdarzeń i postaci? Bo czytelnik odnosi nieodparte wrażenie, że Stasiuka jest w tym niezwykle dużo. Narracja w pierwszej osobie. Wspomnienia z warszawskich szkolnych lat, domniemywam, że sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych, bo dotyczą tej okrutnej pustki i szarości miejskiego socrealizmu, rozjaśnianego jedynie nielicznymi zachodnimi drobiazgami jak „Dwie zdarte do cna płyty Muddy’ego Watersa”[2]. Owe wspomnienia nawiedzają narratora w momentach szczególnych. Nie biorą się znikąd. Są wynikiem zmęczenia, samotności, podenerwowania, oczekiwania, pijackich fantasmagorii, bezsenności, chorobowej maligny. A w takie stany popada bohater co rusz, na przykład: „Próbowałem liczyć do dziesięciu, do stu, lecz każdy wyimaginowany albo rzeczywisty szelest niweczył rachubę, i złapałem się na tym, że bezwiednie powtarzam »sześćdziesiąt dwanaście, sześćdziesiąt dwanaście« - powtarzam i nie mogę przestać, tak jak w ataku febry nie można powstrzymać szczękania zębów. Więc wbiłem wzrok w ten skrawek pejzażu, zaczepiłem źrenice o cień rzucany przez krzaczek i widziałem, mógłbym przysiąc, że cień się przesuwa jak w słonecznym zegarze. Tak bardzo pragnąłem jakiegokolwiek zdarzenia. Czułem, że moje ciało staje się niewyobrażalnie ciężkie (…)”[3]. Nie ma się, co dziwić temu otępieniu. Pięciu facetów zaopatrzonych w alkohole, ciągle uzupełniających szybko kurczące się zapasy „mokrego” prowiantu, pod jego wpływem tracą kontakt z rzeczywistością, która staje się jakimś półsnem, postrzeganym stępionymi, zmęczonymi, pijanymi, wręcz oszalałymi zmysłami. To przenosi się na czytelnika, wędrującego z bohaterami przez krainę kalejdoskopu snu i jawy, krainę taniej wódki i odurzających miejskie głowy popularnych. A w tym amoku, jak w męczącym śnie podczas czterdziestostopniowej gorączki, przeplata się strach z zachwytem, upadek ze unoszeniem się ponad chmury.
O czym jest ta książka? O Bieszczadach? Czy pozornym powodem dla hippisowsko-szkolno-peerelowskich warszawskich wspomnień? W jakiejś części na pewno. Czy jest nierozwiązywalną zagadką-zabawą dla czytelnika? Smętnie zamyślony nad książką łamię sobie głowę, dlaczego „biały kruk”? Może po prostu, coś się Stasiukowi przewidziało. Przewidziało się tak, że czarny kruk siedzący na gałęzi drzewa w środku Bieszczad pod koniec zimy, z czapą śniegu na piórach, wydaje mu się białym krukiem? Ba! Wydaje… Nie otrzepał się, to jest i biały. Ejże! A może wszystko w tej powieści ma tę białą czapę? Może właśnie trzeba się otrzepać? Pozwolić oparom wódki wyjść z ciała. Ulecieć wspomnieniom. Postawić znak „<” między PRL-em, młodzieńczym szaleństwom, tęsknotom za partyzanckimi wyprawami a obecnym życiem zawodowym trzydziestolatka i czekającą w domu żoną? Tak, tak. W gonitwie za pieniądzem, złotym cielcem, posadami, w rodzinnym harmiderze zapominamy o dawnych latach. To dobrze czy źle? Stasiuk nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że za chwilę tamten znak może wyglądać tak: „>”. Ale niepokoi mnie to, że wspomnienia nachodzą, gdy wzrok utyka w gęstwinie ogniskowego dymu, gdy przyćmiewa go pijacka mgła, gdy cywilizację przypomina tylko śmierdzący popularny. Stasiuk tak o tym pisze: „A więc byliśmy oddziałem partyzanckim dowodzonym przez Wasyla Bandurkę. Trzydziestoparoletni faceci obarczeni potomstwem i częściowo żonaci. O tej porze żona Gąsiora zasiadała zapewne przed telewizorem, żeby obejrzeć sobie trochę niusów ze wschodu i południa: trzydziestoparoletnich facetów obarczonych rodzinami. Patrzyła, jak kucają i pełzną wśród gruzów, a drobniutkie obłoczki kurzu znaczą śl