Billy Elliot, Billy the Kid, Billy Collins
Zazwyczaj na bieżąco czytam książki autorów, których za chwilę będę miała szanse usłyszeć, zobaczyć, czasem dotknąć! Do najnowszego tomiku poezji Billiego Collinsa pt. „Horoscopes for the Dead” zabierałam się pięć razy, za każdym razem bowiem, coś/ktoś mi przeszkadzał, a ja nie chcąc się tym razem bawić w podzielność uwagi, odkładałam czytanie wierszy na spokojniejszą, bardziej odświętną chwilę. Teraz goście zdominowali całe mieszkanie, zaszyłam się w kuchni i odkrajam sacrum od profanum. Wiersze obieram ze skórki, wkładam do buzi, delektuję się, po czym wypluwam pestki. Intertekstualność tego tomiku, trochę odmienna od tej wyłącznie greckiej antycznej w „Meadowlands” Louise Gluck albo w powieści pt. „Penelopiada” Margaret Atwood, mile łechce podniebienie, nawiązując do Dantego, Flauberta, do Biblii (mniam?)
Dziewięć tomików poezji i żaden nie został przetłumaczony na język polski. Poeta-laureat w Stanach między 2001 a 2003 r. Grono byłych laureatów wybitne, bo należą do niego np. Elizabeth Bishop, Robert Frost, Gwendolyn Brooks, Rita Dove. Na wieczorze autorskim Collins powiedział, że najpierw trzeba napisać trzysta złych wierszy, żeby potem pisać wiersze trochę lepsze, a ja jednak chyba wolę jego wcześniejsze tomiki, zwłaszcza ten pierwszy o niespodziewanie smakowitym tytule „The Apple that Astonished Paris”.
Dlaczego czytam poezję w dwudziestym pierwszym wieku (patrz zdjęcie)? Bo jest ona jednocześnie powodem i antidotum na ADHD. W tle kłótnie małżeńskie gości i po raz kolejny próbuję czytać wiersz od początku. Collins pisze o chorobie psa, o dostaniu w prezencie globusa, o śmierci kochanej osoby, przejażdżce rowerem po cmentarzu, kupowaniu nowego materaca...słowem proza życia, ale bardziej niż „co” liczy się „jak”. Goście za chwilę się przytulają, gruchają, a ja już nie muszę sobie przpominać dlaczego czytam wiersze.