FotoForum
Załóż konto »
Galeria użytkownika: kot_pettter
Młody Kot
Dodano: 09.12.2020 Odsłony: 271
Powiadomienie zostało wysłane
Poleć tę stronę znajomemu

Brak danych exif

zamknij

Młody Kot

Autor: kot_pettter

Komentarze (42)
can.x 3 miesiące temu
Piszą: Kot który mruży oczy, nie jest wcale zmęczony, ani nie ma
najprawdopodobniej problemów z widzeniem. Okazuje w ten sposób swoje
zadowolenie. To gest mówiący o tym, że dobrze czuje się w towarzystwie.

W tej chwili w moim tongue_out Jest OK smile
kot_pettter 3 miesiące temu
Dzięki.
Ale chodziło mi raczej o podarte dżinsy, flanelową koszulę, rozwalające się trampki i rzemyki na przegubie dłoni.

Niemniej, na pewno była wtedy zadowolona, niezmęczona, tylko ciut zbuntowana. smile
A ujęcie jest imho ciekawe, Że mnie kumpelka "zdjęła" na samym boku ściany, nie na jej środku, i trochę mnie przycięła.
kobalt_x 3 miesiące temu
Guns N' Roses czy Odział Zamknięty? Tak mi się ubiór kojarzy.
can.x 3 miesiące temu
Ubrać się dzisiaj tak smile to nie obciach. Też facet, nawet sześćdziesiąt plus.
Do tego fryzura a'la Boris Johnson, ciut dłuższe.
kot_pettter 3 miesiące temu
Kobalt - Guns N' Roses chyba jeszcze wtedy nie istnieli? Więc raczej Oddział Zamknięty. A przede wszystkim rock symfoniczny oraz folk i inne gatunki z czasów Woodstock.
Na tym zdjęciu wyjątkowo nie mam na szyi koralików, bo był to obóz wędrowny po górach i koraliki by przeszkadzały. Ale na co dzień nosiłam je stale.

Can - teraz młodzież chodzi w dżinsach podartych. Podarte się kupuje. My naszywaliśmy łaty. Moim kumplom i sobie naszywałam je osobiście, bo w domu była maszyna do szycia, którą umiałam obsłużyć. Tylko ciągle łamałam igły, bo dżins jest gruby. Ze spodni już całkiem do niczego szyłam torby.
kot_pettter 3 miesiące temu
PS.
W 1/2 klasie liceum ubierałam się tak, że nasza wychowawczyni przeprowadziła wywiad środowiskowy, czy aby nie potrzebuję pomocy społecznej. Tzn. czy rodzina jest zbyt biedna, żeby kupić mi inne ciuchy. smile

Na szczęście rodzice akceptowali mój image. Ze szkoły przynosiłam prawie same piątki, więc nie mieli się czego czepiać. Tata nawet specjalnie pobierał w zakładzie pracy flanelowe koszule na rozmiar mój, nie swój.
(Bo jeśli ktoś nie pamięta lub nie wie, w niektórych zakładach pracy dawano pracownikom herbatę, ręczniki, buty typu pionierki - Tata też raz wziął mniejsze dla mnie i przeszłam w nich Tatry parokrotnie - no i właśnie koszule.)
mata.nzani 3 miesiące temu
Qrcze !!! to ja byłam chyba zdeklarowanym aniołkiem !!! albo moi Rodzice byli tacy "groźni".....wink O takich
dżinsach mogłam sobie pomarzyć..Ale za to miałam cudnie haftowane bluzeczki....spódniczki ...sandały na
koturnach.... big_grinbig_grin
garuga 3 miesiące temu
jeśli o wizaż Kotki tej chodzi
najlepiej "saute".
wink
hej, cudownie młoda
moda i uroda
kwiat
b_a_g_a 3 miesiące temu
To miałaś kolorowe życie. Ja raczej z Matą mogłabym sobie podać rękę. Banalne życie prowincjonalnej panienki tongue_out Największym ekscesem w moim liceum była koleżanka, która farbowała włosy i była z tego powodu prześladowana przez nauczycieli. Jedna! Reszta chodziła w przepisowych mundurkach, a chłopcy na lekcję rosyjskiego zakładali garnitury big_grin
Chociaż to pewnie było z dekadę wcześniej niż przez Ciebie wspominane czasy.
kobalt_x 3 miesiące temu
To ja jeszcze w podstawówce byłam. Kojarzy mi się, że coś dżinsopodobnego miałam i kiedyś odcięłam nogawki,
zszyłam i była z tego torba na ramię do szkoły. Dzisiaj chyba nie do pomyślenia torba ze znoszonych spodni ale
wtedy w sklepach dużo nie było.
kot_pettter 3 miesiące temu
Garugo - dzięki, tak, cudownie młoda i chyba urodziwa. Ale "saute" nikt mnie wtedy nie oglądał. smile Wychowanie, strach przed ciążą, wszystko, co typowe dla tamtych czasów. smile

Bago - chyba nie chodziło o miejsce zamieszkania, tylko o środowisko. Na pewno znasz piosenkę "King" T Love. (Jeśli tak brzmi tytuł.) Jest o mieście "wielkiej wieży: - o Częstochowie. Skąd chyba jest Mata. Ale może te parę lat robi różnicę. No i faktycznie w Warszawie mogło być inaczej, zwłaszcza jeśli chodzi o tolerancję. W szkole nikt nie czepiał się mojego ubioru. Pomijając troskę, czy nie jestem z patologicznej rodziny (nie byłam), o czym pisałam.

Kobalt - super, mamy wspólne wspomnienia "szwaczek". smile Z używanych dżinsów można jeszcze było zeobic szorty po ocięciu nogawek. Takie też sobie szyłam.
kot_pettter 3 miesiące temu
Sorry za literówki wyżej. Za wcześnie się wysłało, klik.

Tak, z dżinsów wchodziły świetne torby. Wystarczyło odciąć nogawki i przeszyć / zaobrębić dół.

Poza tym polowaliśmy na torby w sklepach "myśliwskich". Nawet jeszcze później, w moich czasach studenckich. Dwa razy udało mi się takową zdobyć. Zdjęć nie mam, ale chyba rówieśnicy zrozumieją, o jakie torby mi chodzi.
teka2 3 miesiące temu
Ja też miałam "coś dżinsopodobnego", to się nazywało "teksasy" chyba. I musiałam na nie zarobić w szklarniach
u ogrodnika.
A sama uszyłam sobie ręcznie letnią sukienkę, dół z surówki, tj jasny materiał lniany plus góra zrobiona z
kordonka na szydełku.
Fajne wspomnienia mamy, choć nie wiem, jak można było stać kilka godzin w kolejce po sukienkę z Hofflandu
albo plastikowe sandałki...
kot_pettter 3 miesiące temu
Teksasy chyba nie były prawdziwymi wycieruchami. Ja najpierw nosiłam "dżinsy" marki Odra. Za żadne skarby nie chciały się wytrzeć. sad

Hoffland, o tak! Stałam w tych kolejkach. Pamiętam, że miałam bluzę w zielono-czarną kratkę i spódniczkę mini w kratkę fioletowo-czarną. Oczywiście nie nosiłam ich jednocześnie. smile
Miałam też z H. fajną bluzkę, którą parę lat temu zobaczyłam w MN w Krakowie na wystawie poświęconej polskiej modzie. (Nie pamiętam dokładnej nazwy wystawy.) Prawie się popłakałam. Noszę się z zamiarem uszycia podobnej u krawcowej. Ale ciągle zapominam.
Na szydełku też robiłam, a na studiach nauczyłam się robić na drutach. Nawet o wełnę było wtedy trudno, ale skądś ją brałam. Np. prułam jakieś starocia. Dziergałam dla siebie, rodziny i przyjaciółek, mnóstwo rzeczy. Jeden sweter nadal mam. Z białej grubej wełny z wzorem w zielone gwiazdy i renifery. Ale nie bardzo się teraz w niego mieszczę. sad
Po latach chciałam wrócić do robótek, ale okazało się, że nic nie pamiętam. Musiałam prosić przyjaciółkę o wskazówkę jak w ogóle zacząć robótkę. I zamiast swetra mój ówczesny mężczyzna dostał szalik i czapkę. smile
Poza tym nie mam teraz czasu. Może na emeryturze?
kobalt_x 3 miesiące temu
Ja poprułam stary sweter leżący gdzieś w szafie i zrobiłam coś z niego (chyba getry) na drutach. Któregoś dnia
sweter przypomniał się rodzince. Ale była awantura! Sweter pozostał tylko w częściach. 😆
can.x 3 miesiące temu
"dżinsy" marki Odra. Za żadne skarby nie chciały się wytrzeć" Nazywano nasz
dżins czasami „pancernym”, a na fali szaleństwa wokół czołgu Rudy i jego załogi
jeden z modeli nazwano „Szarik”. Miał wzięcie w ZSRR. Ci którzy wyjeżdżali na
praktyki studenckie o tym wiedzieli wink
negres 3 miesiące temu
"Stuknij w stół a nożyce się odezwą" Sięgając do czasów młodości, swego czasu nie lubiłam nosić fartuszków
szkolnych a jeśli już to przed lekcją wyjmowałam z torby, prasowałam w szkole i ubierałam się, a że zapomniałam
o białym kołnierzyku, to pani dorysowała mi go kredą
Wracając do dżinsu, w czasach kiedy nie było go w sklepach, kupiłam kawał tego materiału od marynarzy.
Zaprojektowałam fikuśną marynarkę obszywaną zdobyczną, beżową cienką skórką., uszyłam i nosiłam aż zaczęła
się przecierać, a kiedy zbrzydła całkowicie, wywiozłam za wschodnią granicę jeszcze z zyskiem.
mata.nzani 3 miesiące temu
Piszesz Kocie....." Na szydełku też robiłam, a na studiach nauczyłam się robić na drutach. Nawet o wełnę było
wtedy trudno, ale skądś ją brałam. Np. prułam jakieś starocia......" też prułam co się dało i dziergałam co się
dało ... hi hi.... a oprócz tego szyłam .. haftowałam... robiłam na drutach... Jakie wtedy samowystarczalne
dziewczyny były
!!!!!!
A z tym robieniem na drutach to była historia taka... Podglądałam jak robiła babcia , , ale jakoś oporna byłam
... Aż kiedyś chciałam sobie zrobić fikuśny szal , a babunia się zbuntowała..... Siadłam więc i próbowałam... i
próbowałam... aż poszłoooooo! Oczywiście zaraz pobiegłam do babuni pochwalić się jaka to ja zdolna
jestem..No i babunia orzekła ,że rzeczywiście zdolna jestem niesłychanie , bo ona zupełnie nie rozumie jak
można robić na drutach przebierając raz prawą ręką w lewo ,a potem lewą w prawo ... na odwrót....big_grin
A co do wełny to było tak .... Będąc młodą mężatką wink zrobiłam mężowi prezent - kamizelkę z... resztek wełen
z produkcji dywanów !! / kupowanych w Kowarach../ Założył raz, a potem zniknęła...... Kiedy go przycisnęłam
,żeby powiedział co się z nią stało najpierw wił się jak piskorz ,a potem przyznał się ,że ją schował w piwnicy....
Nie był w stanie jej nosić , bo "gryzła" niemożebnie....!!! taka to milutka była wełna.....smilesmile
b_a_g_a 3 miesiące temu
No ja byłam mistrzynią przerabiania w czasach, kiedy urodziły się moje dzieci. Fakt, że to były najbardziej mroczne czasy i wtedy to już niczego nie było (pamiętam jak mąż przyjechał z Katowic uhahany od ucha do ucha, z falbaniastą firanką, bo idąc ulicą trafił na kolejkę po firanki, to stanął i kupił, wisiała potem w naszym pokoju chyba z 10 lat). Wtedy, z potarganych jeansów męża uszyłam trzyletniemu synkowi spodnie, zostawiając pełnowymiarowe kieszenie. Chodził potem i mówił, że ma "haloty z welkymy kabzami", jak Krecik smile A torby ze spodni to szyłam jeszcze moim chłopakom pod koniec XX wieku, jak byli nastolatkami. Teraz też na Pintereście mnóstwo projektów takich toreb.
A pamiętacie sukienki, bluzki z tetry? Białej albo farbowanej? Jak nie dostało się tetry na metry, to się kupowało kilka pieluch i zszywało.
b_a_g_a 3 miesiące temu
Mata, no Twój patent na robienie na drutach naprawdę jest genialny!!! big_grin Mnie mama wdrażała we wszystkie damskie zajęcia domowe bardzo skrupulatnie (jak na grzeczną panienkę przystało). A więc robienie na drutach, szydełku, szycie. Również przygotowywanie śledzi od podstaw (czyli od zasolonej ryby, poprzez moczenie, przygotowywanie zalewy itd). Ta śledziowa wiedza nigdy mi się nie przydała, jak również godziny męki przy pianinie tongue_out Ale szyję, dziergam i naprawiam do dziś! A młode pokolenie twierdzi, ze to oni wymyślili ideologię zero waste smile
Kocie, pewnie to zależało od środowiska, chociaż w małym miasteczku trudniej było zorganizować ludzi o podobnych upodobaniach, bo ich po prostu wszystkich było mniej. Tym bardziej, ze nawet nasze szkolne towarzystwo po lekcjach rozjeżdżało się do swoich wsi i tylko malutka grupka miejscowych mogła sobie pozwolić na spotykanie się czy przesiadywanie w jedynej w mieście kawiarni. A Częstochowa przy moim Będzinie to metropolia wink
kot_pettter 3 miesiące temu
Kobalt - smile

Can - o nazwie "szarik" nie wiedziałam.

Negres, ty buntowniczko!
Ja w mundurku musiałam chodzić w szkole podstawowej. W liceum można już było pojawiać się "po cywilnemu. Ale zasadniczo jestem zwolenniczką mundurków. Pozwalają ukryć różnice w zamożności rodzin. (Coś jak z sukienkami na I komunię.) A marynarki gratuluję. Mnie ówczesny - już na studiach - facet - dużo starszy, więc zarabiający - kupił mi kurtkę Levisa w Peweksie. Pamiętam, że za 30 dolarów. smile I że musiałam kłamać rodzicom, skąd ją wytrzasnęłam. Że oszczędzałam kieszonkowe, miałam płatne praktyki itp.

Mata - smile Cudna opowieść. Ja uczyłam się sama. Mama i babcia nie umiały robić na t=drutach. Dziwne.

Bago - chciałabym, żeby ktoś mnie w tych dawnych czasach posadził do pianina albo przynajmniej uczył o muzyce. Ale edukacja szkolna była marna, a na prywatne lekcje muzyki nie było nas stać. Poza szkołą chodziłam tylko na angielski - i to zaprocentowało. W muzyce i tak nie zrobiłabym kariery. Ale chciałbym więcej o niej wiedzieć.
Nauczono mnie natomiast cerowania. Bardzo przydatne w czach, kiedy dziurawe skarpetki się wyrzuca.
Poza tym umiem - umiałam - haftować, robić na szydełku i na drutach oraz nawet szyć (ręcznie lu na maszynie. )
Niestety, wygląda na to, że nie jest z tymi umiejętnościami jak z przysłowiową jazdą na rowerze - zapomina się.
proffet 3 miesiące temu
Mój klimat, tylko ja w podobnym wieku miałem dłuższe włosy. Super.
b_a_g_a 3 miesiące temu
Co ja bym dała gdyby moi rodzice mnie posłali na lekcje angielskiego, a nie na muzykę. Z muzyki nie mam nic, nawet prostych klawiszy nie posiadam (kiedyś nawet mąż mi coś takiego kupił, ale mi ukradli). Za to językowo jestem nogą. No nie, po rosyjsku mówię perfekt, nawet po wielu latach nieużywania (czyli jakieś zdolności językowe mam?) Za to zachodnie języki do bani. W liceum musiałam się uczyć niemieckiego, bo ponieważ na Śląsku nie wolno było go uczyć, więc wszystkich anglistów zatrudniano na Śląsku, a germanistów zsyłano do pobliskiego Zagłębia. Nauczycielki zmieniały się co pół roku i każda uczyła czego innego. Więc niemiecki znam na -3. A na studiach był z kolei przymusowy angielski, gdzie lektor stwierdził, że to głupota na studiach uczyć inżenierów od zera, więc zajęcia olewał. No i nie umiem ani niemieckiego, ani angielskiego.
No, ale cóż, kto w tamtych czasach przypuszczał, że przydadzą się nam zagraniczne języki?
kot_pettter 3 miesiące temu
Proffet, a nie miałeś przez te włosy kłopotów szkole?
proffet 3 miesiące temu
Miałem ale potem byłem po olimpiadzie przedmiotowej w 4 klasie miałem spokój, a wcześniej różnie bywało.
kot_pettter 3 miesiące temu
Proffet - to chyba na tym polegało. Tzn. jeśli ktoś się dobrze uczył, odpuszczali nam te włosy i rzemyki itd., bo zasadniczo nie mieli na nas paragrafu. Jak pisałam wyżej, moja wychowawczyni sądziła, że się tak ubieram, bo moja rodzina jest biedna. Bogata nie była, to, ale to, że chodziłam w koszulach Taty, a nie z bluzeczkach Mamy było moim wyborem.

Basiu - faktycznie miałaś galimatias z tą nauką języków. Ja jestem sama sobie winna, że nie mówię płynnie po francusku, bo miałam go w liceum, cztery lata, i jeszcze dwa lata na studiach, ale potem go zaniedbałam.
Niemieckiego uczyli mnie na studiach dwa lata, owszem, na drugim roku przerabialiśmy po niemiecku teksty związane z kierunkiem studiów, o glinianych tabliczkach, rękopisach itd., mało przydatne podczas konwersacji z kierowcą na autostopie, smile ale podstawy miałam. I też gdzież zniknęły. Podobnie jak mój hiszpański po roku kursu już w dorosłym wieku.
Ech. Ale, tfu tfu dogadam,się wszędzie. Prawie wszędzie. Mamy jeszcze ręce i mimikę, prawda?
4elza 3 miesiące temu
Cudnie się czyta te Wasze opowieści, kawał historii zwykłej codzienności.
Do Kota: warto mieć swoje zdanie (truizm, wiem), ale nie każdy o tym pamięta.
Osobiście bardzo sobie cenię buntownikówsmile
Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że mundurek pozwala ukryć różnice w zamożności,
tego się nie da ukryć i dla dzisiejszej młodzieży stanowi problem (podejrzewam) znacznie większy niż dla
ówczesnej.
Do Negres: jak to "prasowałam w szkole" ? Nie rozumiem. Kiedy, gdzie, czym?
Do Bagi: sorry, ten lektor był kretynem.
Podziwiam Was dziewczyny za te umiejętności krawiecko-dziewiarskie,
chociaż dzisiaj już tak niekoniecznie przydatne.
Przerabiacie coś teraz?
teka2 3 miesiące temu
Nie straciłam umiejętności dziergania , od kilkunastu chyba lat mam zaczętą robótkę czarnej kamizelki z moheru,
ale brakuje mi cierpliwości i oczy już nie takie , lepiej zachować je dla czytania i netu smile
na dziś jedynie uszyję prostą maseczkę.
b_a_g_a 3 miesiące temu
Elzo, też cenię buntowników, ale nigdy nie miałam odwagi być taka. Zresztą w swoim środowisku pewnie musiałabym być z tym sama, a tego nie lubię.
Co do robótek, to wciąż coś dziergam, a ostatnio nawet szyję (choć tego akurat nie lubię) i ubolewam, że nikt tego nie docenia. Kiedyś robiło się to z konieczności, żeby mieć coś fajnego, oryginalnego, czego nie dało się kupić w sklepie. Teraz w sklepie się kupuje rzeczy ładniejsze niż koślawe handmade i trudno młode pokolenie przekonać do noszenia wyrobów własnych. Podobnie zresztą jak do innych samodzielnie wykonanych rzeczy. Od kilku lat odpuściłam sobie robienie przetworów, które wydawało mi się będą bezcenne dla wnuków, bo bez chemii, ze świeżych produktów. Kiedy zobaczyłam w domu dzieci zalegające moje słoiczki sprzed kilku lat, zrezygnowałam.
kot_pettter 3 miesiące temu
Ja to byłam taką "buntowniczką bez powodu". smile Zero kłopotów w domu i w szkole. Chyba po prostu szukałam swojej tożsamości... I jakoś tam ją wtedy znalazłam, nie tylko przez strój, lecz także przez prace społeczne. Słowo "wolontariat" chyba wtedy nie istniało. Ale pracowałam, na różne sposoby, dla ówczesnego Monaru.

...a po latach zyskałam - między innymi - tożsamość "cioci robiącej przetwory". Bo w przeciwieństwie do tego, co pisze wyżej Baga, moi cat-sitterzy wymiatali mi spiżarnię do czysta i żądali nowych produktów. Oczywiście nie jestem żadną "ciocią", dzieci moich przyjaciół mówią mi po imieniu.
I ostatnio mieliśmy akcję pt. antonówki. Powiedziałam mojemu cat-sitterowi i jego - teraz już żonie - że owszem, mogę wam zrobić wasz ulubiony dżem, ale nie zamierzam osobiście kroić 20 antonówek. Więc przyjechali do mnie, razem z nowym dziecięciem, które cały czas grzecznie spało - i te nieszczęsne jabłka pokroiliśmy. Dwie godziny. Czyli mnie samej zajęłoby to godzin sześć.
Na drutach teraz nie robię, ale chcę do tego wrócić. Teko, mam nadzieję, że w razie czego mogę liczyć na pomoc.

Dziękuję wszystkim, którzy dopisują się pod tym zdjęciem.
1   2   następne >
Dodaj komentarz
Aby komentować musisz być zalogowany załóż konto »
Najczęściej oglądane zdjęcia
Najczęściej komentowane zdjêcia

Pozostałe zdjęcia

«
  • św. Jan Chrzciciel, warsztat karyncki / styryjski, koniec XIV w.
  • Św. Paweł, mozaika, nieznany artysta włoski, XVII lub XVIII w.. MN Kraków
  • Salvator Mundi / MN Kraków
»
4229479

To zdjęcie należy także do:

Copyright © Agora SAO nasReklamaOchrona prywatności  Zgłoś problem lub błąd